#myfirst7jobs

#myfirst7jobs to akcja, w której ludzie opowiadają o swoich pierwszych siedmiu próbach zarobienia trochę grosza. Przeszukując internet, możemy trafić na naprawdę śmieszne prace, te śmieszne mniej i te, po których dana osoba powinna być podziwiana, za chociażby cierpliwość. Nie mając jeszcze bloga, lubiłam czytać blogi, szukałam tam rad, był to też mój sposób na zabicie czasu, kiedy natknęłam się na #myfirst7jobs obiecałam sobie, że o ile kiedyś zdobędę się na odwagę i założę tego wyśnionego bloga, to będzie temat jednego z moich wpisów.  Zawsze lubiłam mieć jakieś swoje pieniążki, więc pracować zaczęłam dość szybko, jednak patrząc na to z perspektywy czasu, to mój start był dość zabawny.

 

 DRUKARNIA

Moja mama pracuje w drukarni, kiedyś wzięła mnie ze sobą, żebym sobie dorobiła, w soboty pieniążki dostają “do ręki”, liczą to jako dodatkowy, dobrowolny dzień pracy, czy jakoś tak. Wstałam o 4:45, chociaż mamy do “celu” 7 minut drogi spacerem, mama chciała, żebym zrobiła jak najlepsze wrażenie, więc obudziła mnie i kazała się uczesać- zawsze przeszkadzał jej mój częsty nieład na głowie. Zaspana z bułką w ręce wyszłam do pracy. W głębi serca podekscytowana tym, że zarobię sama pieniądze. Od razu na wejściu zostałam wyściskana przez wszystkie koleżanki mojej mamy. Usłyszałam tyle imion, że nie sposób było ich zapamiętać, mimo to, mama dzielnie dodawała kolejne. Mój pierwszy obowiązek – składanie kalendarza. Wyglądało to mniej więcej tak, że miałam rozłożone na wielkim stole 13 kartek (na każdej jeden miesiąc + okładka) i moim zadaniem było złożenie ich po kolei. Proste, łatwe, bezproblemowe, dopóki na zacięłam się papierem, raz, drugi, trzeci… No ale nie narzekałam, za cały dzień monotonnego składania kalendarza dostałam całe 60 zł. Zawsze coś, chociaż było na bilety do Wojciecha (mylove).

 

CALLCENTER

Słowo honoru i nie wiem, na co jeszcze można przysięgać- więcej tam nie wrócę. Nigdy, nawet jeśli zaproponowaliby mi miliony, miliardy, wieczne życie, no za nic. Dzwonisz do ludzi, namawiasz ich na jakieś garnki, których wcale nie chcą i Ty nie chcesz i nigdy ich nie kupisz, bo patelnia kosztuje prawie 3 tysiące a te “naczynia” 8. Jeszcze pracując tam, to chyba musiałbyś nie wychodzić z pracy, żeby się dorobić choćby dekielka do tych zasranych garnków. Reklamujesz słynnego kucharza, który jest twarzą tych garów, ambasadorem spotkań itd, ludzie się łapią na to, ale niestety, nigdy go tam nie było i nie będzie. Na zachętę, żeby w ogóle chcieli otrzymać zaproszenie na ten badziew wciskasz im kolejny badziew w postaci upominku, znanej włoskiej firmy, zwał jak zwał, rozwali się tak szybko jak go włączysz, czajnik za 15 zł czy super grill elektryczny za 10… Każdego dnia wybierany najlepszy pracownik, który wciśnie te zaproszenia najwięcej ilości osób. Sam ustalasz grafik. Sam. SAM, ale jasno masz powiedziane, kiedy MUSISZ przyjść. DRAMAT. Nigdy więcej. Ludzie Cię wyzywają w słuchawce, ale musisz być miła. Jedyne, co zapamiętam i będę dobrze wspominać, to kiedy ktoś podał mi się za POPKA a ja latałam jak głupia i się śmiałam, wierząc w to. Podsumowując, oczekiwałam kokosów, usamodzielnienia “mamo, nie potrzebuje kieszonkowego” mhm ta, ale potrzebuje dobrej ściemy, żeby tam nie iść. Nigdy więcej.

 

ULOTKI

Każdy to kiedyś przerabiał. Mój brat już jak był mały latał z kumplem po pizzeri i biznesmen roznosił ich ulotki, zarabiając 5 zł na dzień. Ja nie byłam lepsza, nie no byłam. Do dziś jedyne, co wiem, to, że koleś jeździł czarną corsą. Nawet nie wiem jak miał na imię. Chodziłam po kilka godzin, roznosząc te ulotki, w upał, w deszcz… I zostałam oszukana, nawet nie miałam jak się z nim skontaktować. Zbierałam wtedy na wyjazd nad morze, pierwszy za który chciałam zapłacić sama, mhm… Płacz… nawet nie chodziło o te kilkadziesiąt złotych, bardziej o fakt, że pierwszy raz w życiu zostałam oszukana… Mimo wszystko, nie żałuję, chociaż nauczyłam się być mniej ufna w stosunku do obcych ludzi. (Lepiej późno, niż wcale)

 

 POKROWCE NA LUSTERKA SAMOCHODOWE.

To był hit. Po prostu hit. Zbliżał się mój wyjazd nad morze, a bardzo chciałam zarobić sama. Szukaliśmy z chłopakiem po różnych stronach jakiś prac, które zrobią z nas milionerów w dwa tygodnie. I znaleźliśmy! Dzwoni Wojtek z wesołą nowiną, mówiąc, że 100 zł na dzień z możliwością dostania premii, trzeba tylko sprzedawać pokrowce. Super sprawa. Najlepiej w grupie. Jeszcze lepiej. Poszliśmy dumnie na spotkanie, Wojtek, jego dwóch kolegów i ja. Szaman, bo tak go nazywaliśmy, od razu wydał się dziwny. Nie przedstawił nam się (albo ja pod wpływem tych zarobionych milionów zapomniałam jego imienia). Zadanie proste, chodzicie w grupach ubrani na biało-czerwono i sprzedajecie ludziom biało-czerwone osłonki na lusterka. Koszt 8 zł, 2,5 zł dla was, reszta dla mnie (2 zł w maksie to one były warte). Umowy nie dostaniecie, ogólnie to jest nielegalne, ale nie bójcie się ja wasz anioł stróż i Janusz biznesu zapłacę mandaty, wtedy zmieńcie miejsce, w razie co próbujcie uciec (już widzę, jak płacił mandaty). No, ale co młode to i głupie, pojechaliśmy rano do tesco po koszulki z napisem “Polska”, kosztowały 16 zł, więc nie było tak źle. Spotkaliśmy się z nim i dostaliśmy po 50 sztuk tego dziadostwa. Szybkie szkolenie (już teraz wiem, czemu w każdym sklepie mówią, że pięknie wyglądam, choćbym kupowała od nich worki na śmieci). No i w drogę. Nikt tego nie chciał kupić. Na nic się zdało mówienie o akcji “Biało-czerwona Bydgoszcz”… Sprzedaliśmy 11 sztuk tego dziadostwa. Co dawało 88 zł, z tego 30 zł było dla nas. 30 zł na 4 osoby. 7,5zł za cały dzień łażenia i wciskania ludziom “Super” osłonek. Łącznie wyszła dycha na łeb, bo dostaliśmy trochę napiwków, wkręcając, że zbieramy na mecz Polska-Niemcy. Do dzisiaj mam te osłonki pod łóżkiem, a numer Szamana w telefonie.

 

 

 HOSTESSA

Znalazł mi to Wojtek na jakiejś fejsbukowej grupie. Spoko było, ludzie wchodzili do Saturna, a ja rozdawałam ulotki, o jakiejś śmiesznej akcji “kup dwie pralki dostaniesz rabat”. Pieniążki były bardzo fajne  z tego, a w dodatku poznałam kierowniczkę i ona załatwiła mi moją późniejszą pracę. Tą pracę akurat wspominam jak najbardziej pozytywnie.

 

 WIŚNIE

Zbiory owoców… cały dzień w słońcu, praca na drabinie… 40 zł w kieszeni. Byłam z przyjaciółką, więc chociaż było wesoło i… pojadłyśmy świeże wiśnie 🙂

 

PROMOTOR MARKI

Zaczęło się, od wspomnianej wcześniej kierowniczki, która mi tę pracę załatwiła. Wspominam ją bardzo dobrze i żałuję, że nie jest dane mi dalej tam pracować. Super ludzie i wszystko. I moje eskpresiki :c Pieniążki fajne… Myślę, że jeszcze kiedyś poszukam pracy jako promotor i polecam ją wszystkim , o ile lubicie kontakt z ludźmi 🙂

 

A Wy jak zaczynaliście? Jest coś, co szczególnie zapadło Wam w pamięć? Ja wiem jedno, każda praca mnie czegoś nauczyła i nie żałuję, że się jej podjęłam. Podobno… człowiek uczy się całe życie 🙂

Continue Reading

Warszawa sylwestrową nocą.

 Będąc jeszcze małym brzdącem zawsze marzyłam o tym, żeby kiedyś zamieszkać w wielkim mieście. Oglądać te wszystkie wielkie, szklane i piękne budynki na żywo, nie tylko na zdjęciach.
Kiedy tata zabrał mnie pierwszy raz do Warszawy, wiedziałam, że to nie będzie jednorazowe spotkanie. Dla wielu to miasto wielkiego hałasu, korków, kolejek, drożyzny… A dla mnie? Miasto perspektyw, nowych możliwości.. 

 

W tym roku, tradycyjnie, pojawiło się pytanie : Gdzie idziesz na Sylwestra? Gdzie? Potrzebowałam chwili by pomyśleć, czy idę do tej kumpeli, do tamtego kumpla czy może zostaje w domu z rodziną. Chyba wtedy dotarło do mnie, że przyszły rok będzie dla mnie przełomowy, bardzo ważny i wszystko w nim, stety czy niestety musi być dopięte na ostatni guzik, przemyślałam wszystko i biorąc sobie do serca, stare przysłowie: “Jaki Sylwester, taki cały rok” uznałam, że wcale nie chcę spędzić go pijąc alkohol ze znajomymi w którymś z domów i jedynym co wyróżniałoby ten wieczór od innych byłoby to, że złożymy sobie wspólnie życzenia o północy. Nie chciałam zwykłej imprezy, chciałam czegoś, co zapamiętam na długo.

 

Tylko… sama nie wiedziałam czego. Przyszedł mój chłopak i jak zawsze rozwiązał wszystkie moje problemy, tak samo jak zazwyczaj- zupełnie nieświadomie. -Co Karola, wiesz już, gdzie idziemy na studia? Wawa czy Wrocław? – zapytał i w tym momencie pojawiła mi się nad głową zapalona żaróweczka (jestem pewna, że tak było, bo mina Wojtka mówiła wszystko). Przecież od małego byłam zakochana w Warszawie… właśnie… -Wojtek, co Ty na to, żeby pojechać na Sylwestra do Warszawy?- Oczekiwałam, że zacznie się śmiać, a on ku mojemu wielkiemu zdziwieniu od razu się zgodził! Zarezerwowaliśmy hotel, zabukowaliśmy bilety i nic tylko odliczać dni!

 

 

Nadszedł dzień wyjazdu. Spakowani i szczęśliwi wyszliśmy z domu, dowiadując się w autobusie, że nasz pociąg przyjedzie opóźniony o 45 minut, normalnie pewnie zaczęłabym wyklinać wszystkich dookoła, obarczając ich winą za to, że ja wielka pani blondyna musi czekać za pociągiem… ale wtedy nawet mnie to nie ruszyło. W końcu przyjechał i wsiedliśmy. Ja, uwielbiająca podziwiać widoki, kiedy jadę choćby 10 minut do szkoły, dostałam miejsce bez okna (nawet nie wiedziałam, że takie są) chociaż wyraźnie zaznaczyłam kupując bilety przez internet, że chcę przy oknie. Kolejny powód, żeby mój wybuchowy charakter dał o sobie znać, ale podekscytowana wyjazdem znów przymknęłam na to oko. Po kilku godzinach dojechaliśmy. Poszliśmy zjeść obiad i ruszyliśmy do hotelu… który (co tego dnia, już mnie wcale nie powinno dziwić) nie wyglądał wcale tak, jak miał, dodatkowo nasze jedno wielkie piękne łóżko zamieniły dwa rodem ze szpitala (serio, hotel za 600 zł- oczekiwałam więcej). Nawet to mnie nie zniechęciło, nawet nie chciałam się kłócić z recepcjonistką i czym prędzej przysunęłam łóżka do siebie, by choć prowizorycznie mieć to wymarzone królewskie łoże- i muszę przyznać po małym remoncie pokój jednak był całkiem na plus.

 

Zbliżała się północ a my z Wojtkiem rozgadani, po wypiciu whiskey udaliśmy się do wyjścia. Wpakowaliśmy się do pierwszego lepszego autobusu (szczęśliwie, dojeżdżał on na dworzec centralny) i już tam było widać magię tego dnia. Wszyscy tacy uśmiechnięci, szczęśliwi,wierzący w to, że ten nowy rok naprawdę przyniesie coś dobrego.

 

 

Wysiedliśmy. Wielka scena. Dużo ludzi. Stop. Pełno ludzi. Pałac kultury tak pięknie oświetlony. Muzyka, dobra polska muzyka i On, z którym wraz z wystrzeleniem fajerwerków będę świętować nie tylko nowy rok, ale też trzy lata związku,może dlatego, właśnie ten dzień w roku jest dla mnie tak magiczny.Widząc to wszystko, byłam naprawdę szczęśliwa. Zapomniałam na chwilę o tym wszystkim co się stało wcześniej, o szkole, o zbliżającej się maturze. Cieszyłam się tym, że jestem w mieście, które uwielbiam, mam przy sobie chłopaka, którego kocham, wszyscy są dla mnie tacy mili (choć wiem, że większość to sztuczne uśmiechy na potrzebę chwili, ale cieszyło mnie to mimo wszystko) a ponad to, o 00:30 otwierają McDonalds!

 

 

3…2…1….. Fajerwerki. Dużo. Kolorowo. Głośno. Pięknie. On i ja. Nowy rok. Nowy rok razem. Kolejny rok razem. Byłam tak szczęśliwa. Wszystko było tak piękne. I gdybym mogła wystawić ocenę organizatorom byłoby to mocne sześć z plusem.

A Wy? Jak spędziliście Sylwester?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Continue Reading