Warszawa sylwestrową nocą.

 Będąc jeszcze małym brzdącem zawsze marzyłam o tym, żeby kiedyś zamieszkać w wielkim mieście. Oglądać te wszystkie wielkie, szklane i piękne budynki na żywo, nie tylko na zdjęciach.
Kiedy tata zabrał mnie pierwszy raz do Warszawy, wiedziałam, że to nie będzie jednorazowe spotkanie. Dla wielu to miasto wielkiego hałasu, korków, kolejek, drożyzny… A dla mnie? Miasto perspektyw, nowych możliwości.. 

 

W tym roku, tradycyjnie, pojawiło się pytanie : Gdzie idziesz na Sylwestra? Gdzie? Potrzebowałam chwili by pomyśleć, czy idę do tej kumpeli, do tamtego kumpla czy może zostaje w domu z rodziną. Chyba wtedy dotarło do mnie, że przyszły rok będzie dla mnie przełomowy, bardzo ważny i wszystko w nim, stety czy niestety musi być dopięte na ostatni guzik, przemyślałam wszystko i biorąc sobie do serca, stare przysłowie: “Jaki Sylwester, taki cały rok” uznałam, że wcale nie chcę spędzić go pijąc alkohol ze znajomymi w którymś z domów i jedynym co wyróżniałoby ten wieczór od innych byłoby to, że złożymy sobie wspólnie życzenia o północy. Nie chciałam zwykłej imprezy, chciałam czegoś, co zapamiętam na długo.

 

Tylko… sama nie wiedziałam czego. Przyszedł mój chłopak i jak zawsze rozwiązał wszystkie moje problemy, tak samo jak zazwyczaj- zupełnie nieświadomie. -Co Karola, wiesz już, gdzie idziemy na studia? Wawa czy Wrocław? – zapytał i w tym momencie pojawiła mi się nad głową zapalona żaróweczka (jestem pewna, że tak było, bo mina Wojtka mówiła wszystko). Przecież od małego byłam zakochana w Warszawie… właśnie… -Wojtek, co Ty na to, żeby pojechać na Sylwestra do Warszawy?- Oczekiwałam, że zacznie się śmiać, a on ku mojemu wielkiemu zdziwieniu od razu się zgodził! Zarezerwowaliśmy hotel, zabukowaliśmy bilety i nic tylko odliczać dni!

 

 

Nadszedł dzień wyjazdu. Spakowani i szczęśliwi wyszliśmy z domu, dowiadując się w autobusie, że nasz pociąg przyjedzie opóźniony o 45 minut, normalnie pewnie zaczęłabym wyklinać wszystkich dookoła, obarczając ich winą za to, że ja wielka pani blondyna musi czekać za pociągiem… ale wtedy nawet mnie to nie ruszyło. W końcu przyjechał i wsiedliśmy. Ja, uwielbiająca podziwiać widoki, kiedy jadę choćby 10 minut do szkoły, dostałam miejsce bez okna (nawet nie wiedziałam, że takie są) chociaż wyraźnie zaznaczyłam kupując bilety przez internet, że chcę przy oknie. Kolejny powód, żeby mój wybuchowy charakter dał o sobie znać, ale podekscytowana wyjazdem znów przymknęłam na to oko. Po kilku godzinach dojechaliśmy. Poszliśmy zjeść obiad i ruszyliśmy do hotelu… który (co tego dnia, już mnie wcale nie powinno dziwić) nie wyglądał wcale tak, jak miał, dodatkowo nasze jedno wielkie piękne łóżko zamieniły dwa rodem ze szpitala (serio, hotel za 600 zł- oczekiwałam więcej). Nawet to mnie nie zniechęciło, nawet nie chciałam się kłócić z recepcjonistką i czym prędzej przysunęłam łóżka do siebie, by choć prowizorycznie mieć to wymarzone królewskie łoże- i muszę przyznać po małym remoncie pokój jednak był całkiem na plus.

 

Zbliżała się północ a my z Wojtkiem rozgadani, po wypiciu whiskey udaliśmy się do wyjścia. Wpakowaliśmy się do pierwszego lepszego autobusu (szczęśliwie, dojeżdżał on na dworzec centralny) i już tam było widać magię tego dnia. Wszyscy tacy uśmiechnięci, szczęśliwi,wierzący w to, że ten nowy rok naprawdę przyniesie coś dobrego.

 

 

Wysiedliśmy. Wielka scena. Dużo ludzi. Stop. Pełno ludzi. Pałac kultury tak pięknie oświetlony. Muzyka, dobra polska muzyka i On, z którym wraz z wystrzeleniem fajerwerków będę świętować nie tylko nowy rok, ale też trzy lata związku,może dlatego, właśnie ten dzień w roku jest dla mnie tak magiczny.Widząc to wszystko, byłam naprawdę szczęśliwa. Zapomniałam na chwilę o tym wszystkim co się stało wcześniej, o szkole, o zbliżającej się maturze. Cieszyłam się tym, że jestem w mieście, które uwielbiam, mam przy sobie chłopaka, którego kocham, wszyscy są dla mnie tacy mili (choć wiem, że większość to sztuczne uśmiechy na potrzebę chwili, ale cieszyło mnie to mimo wszystko) a ponad to, o 00:30 otwierają McDonalds!

 

 

3…2…1….. Fajerwerki. Dużo. Kolorowo. Głośno. Pięknie. On i ja. Nowy rok. Nowy rok razem. Kolejny rok razem. Byłam tak szczęśliwa. Wszystko było tak piękne. I gdybym mogła wystawić ocenę organizatorom byłoby to mocne sześć z plusem.

A Wy? Jak spędziliście Sylwester?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

You may also like

1 Comment

  1. Ja spędziłam Sylwestra w domu, a mąż i córka… spali i nie obudziły ich nawet petardy. 🙂 Ale nie był to najdziwniejszy Sylwester w moim życiu. Najdziwniejszego spędziłam w pracy. Pracowałam wtedy w telefonicznej obsłudze klienta i o północy siedziałam sama na wielkiej sali, po której roznosił się huk petard. Od północy do 1 nie zadzwonił żaden klient, co mnie nie zdziwiło. 😉 Fajnie musiało być w tej Warszawie w tej szczególnej chwili. A najważniejsze, że byłaś z ukochaną osobą!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *