Jak przygotować się do wyjazdu na studia?

Wiele z nas, studenciaków już niedługo wyfrunie z rodzinnych gniazd w poszukiwaniu lepszych perspektyw. Wybraliśmy sobie kierunki, miasto w którym chcemy podjąć naukę, podjęliśmy jedną z ważniejszych życiowych decyzji. Wszystko zapowiada się pięknie, nowe miasto, nowi znajomi, nowe przygody… ale jak przygotować się do tego, żeby wszystko było dobrze, żeby nie zabrakło nam na nasze studenckie przyjemności czy broń Boże na jedzenie. Jak zacząć studiować, bez strachu czy aby na pewno dam sobie samej radę. 

Postanowiłam przybliżyć Wam mój sposób na oswojenie się z wyprowadzką, ze zmianą miejsca i też ze zmianą życia… i oczywiście oswojenia rodziców z myślą że ich mały człowiek będzie gdzieś daleko od nich.

 

Od zawsze mówiłam, że idę na studia do Warszawy, kocham to miasto i mogłabym spędzić tam całe  swoje życie, które wyobrażałam sobie tak dziecinnie prosto, jakby fakt mieszkania w stolicy miał zmienić wszystko na łatwiejsze, jak miałabym wejść na szczyt nic nie robiąc, po prostu będąc tą warszawską lalą. Niestety mój sen o Warszawie przerwał mój chłopak, który ominął terminy i nie zdążył złożyć papierów na tamtejszą uczelnię. Dlaczego porzuciłam swoje marzenia dla jakiegoś tam faceta i jak wytrzymać z jak to jest z tą szkolną miłością opowiem Wam w innym wpisie.

No i tak został mi do wyboru Gdańsk, Poznań i Wrocław, miasta, które wydawały mi się najbardziej otwarte na studentów i najładniejsze, co dla mnie też miało duże znaczenie.  Złożyłam papiery jednak tylko do Gdańska, sama nie wiem czemu, uznałam, że to będzie miejsce do którego będę lubiła wracać, będzie morze, które kocham, będą tylko niecałe dwie godzinki do domu, będzie taniej, ładniej, idealnie.

 

Dlaczego nie chciałam studiować w rodzinnym mieście?

Bydgoszcz może nie jest jakąś małą wioską, w której nic się nie dzieje, ale mimo wszystko  nie jest to też miasto, które pomogłoby mi realizować się w tym, w czym chcę. Kocham je, bo wychowałam się tutaj, kocham moje glinki, mój las, moich znajomych, ale chcę spróbować czegoś nowego. Chce się usamodzielnić, żeby w przyszłości pomóc rodzicom, bratu, być niezależną.

 

Jak przygotowuję się do przeprowadzki?

 

Początkowo myślałam, że to będzie coś mega trudnego, że będę miesiącami się pakować bo i tak nie zdążę wziąć wszystkich swoich rzeczy, które na pewno okażą się niezbędne gdzieś tam, w odległym miejscu.. snułam z koleżanką z klasy wizję gdzie na obiad jemy ryż ze śmietaną, kaszę ze śmietaną, ryż z kaszą, bo nie będzie nas stać na normalny obiad. Bałam się tego cholernie i widziałam wszystko w czarnych barwach, które miał zmienić tylko fakt, że wyrwę się w końcu z Bydgoszczy.

Jak jest naprawdę?

Spisałam sobie listę rzeczy, których na studiach będę potrzebować, a których nie mogę wziąć z domu, druga lista obejmowała rzeczy, które z domu wezmę, bo są moje a trzecia rzeczy, które chciałabym mieć, bo po prostu byłoby fajniej. Zrobiłam też listę to do, żeby nie ścigali mnie za kilka miesięcy że w Bydgoszczy mam jakieś zobowiązania.

I tym sposobem mam nowego laptopa, takiego, jakiego zawsze chciałam, mam nową prostownicę, nową lokówkę, czaje się na nową suszarkę.  Posegregowałam swoje rzeczy na te, które biorę ze sobą, te które zostaną w domu i na te,które – jeśli się uda- sprzedam.

Mam też listę, która motywuje mnie do zamknięcia pięciu kont w bankach, oddaniu książek do biblioteki itd…

To jest dobry sposób na to, by wiedzieć na czym stoimy, ja szukam takiej walizki, która pozwoli zapakować jak największą ilość rzeczy, rozglądam się za bransoletką dla mamy, która będzie jej przypominać, że cały czas jestem jej małą córeczką, rozglądam się za fajnymi i przydatnymi rzeczami, takimi jak blender etc.

 

Jak moi rodzice zareagowali na mój wyjazd?

 

O K R O P N I E, ale nie, obeszło się na szczęście bez rzucania krzesłami i wyzywania. Po prostu bardzo się zasmucili,  próbowali przekonać, że tutaj też są studia, tutaj mam domek, tutaj za darmo wszystko, tutaj mam ich, pracę, przyjaciół, wszystko tu mam, więc czego szukam tam.. daleko? Był płacz, ciche dni, próby przekupienia mnie wizją lepszego świata, pieniędzy. Dopiero pod koniec, kiedy zrozumieli, że naprawdę jestem zdeterminowana, żeby pójść tam gdzie chcę, wcale nie z chęci zostawienia ich, a z chęci zdobycia niezależności, samodzielności, perspektyw do zarobienia pieniędzy, które kiedyś pomogą mi zapewnić im lepsze życie na emeryturze, dopiero wtedy zrozumieli, że nie mogą mnie ograniczać i że zawsze będę ich Karolkiem, który ma bałagan w pokoju i krzyczy w niebogłosy, kiedy zobaczy robaka. Od tego czasu jest już dobrze, planujemy z mamą gdzie pójdziemy, jak będziemy chodzić godzinami brzegiem morza i robić sobie zdjęcia na molo- przecież już ma ten fajny telefon, o którym zawsze marzyła.  Jest dobrze, w końcu po burzy zawsze wychodzi słońce. 😊

 

Jak takie małe dziecko wypuścić w wielki świat?

Jak mam zamiar poradzić sobie jeśli chodzi o pieniążki?

 

To proste- pójść do pracy.  No ale jak?! Na studiach?! Nie będzie czasu!

Większej bzdury nie słyszałam, okej to mój pierwszy rok i nigdy wcześniej nie byłam na studiach, co ja mogę niby wiedzieć, ale z drugiej strony, będąc w liceum równocześnie uczyłam się, pracowałam i chodziłam codziennie na treningi koszykówki, po których szłam na dodatkowy angielski, więc nie uwierzę, że się nie da.

Wiadomo, część będą dawać mi rodzice, ale jeśli nie chcę być stereotypowym biednym studenciakiem, to niestety ale muszę iść do pracy. Niestety czy stety- bo w sumie to lubię pracować, poznawać ludzi, robić coś, z czego później zobaczę korzyść.Ale skąd ta praca, która przyniesie mi te kokosy i tytuł bogatego studenciaka? Już jej szukam, na olx, na pracuj.pl, na grupach na fejsie, są czasy, kiedy pracodawcy szukają studentów, są dla nich opłacalni i często- bardzo się starają. Najbardziej chciałabym pracować jako promotor w Saturnie czy Media, mam w tym doświadczenie i lubię tę pracę, ale z drugiej strony jestem otwarta na wszystko, nie boję się pracy.

Gdzie będę mieszkać?

Jeszcze dokładnie nie wiem, ale raczej w Sopocie, z chłopakiem i przyjaciółmi wynajmiemy mieszkanie, 2 lub 3 pokojowe. Cały czas szukamy takiego, które będzie dla nas najlepsze i będzie miało najbardziej adekwatną cenę do standardu. Szukamy na olx, na otodom i na gratce (tam nie polecam, praktycznie ¾ ogłoszeń jest przez pośrednika, za którego tez trzeba płacić, a to nie dla studenciaków. Pokój będę dzielić z chłopakiem, ale nie boję się tego i nie będzie dla mnie to żadne wow, jesteśmy razem prawie 4 lata i mieszka u mnie od czerwca, bo nie jest z Bydgoszczy, a pracujemy razem. Już dawno pożegnałam się z wizją mojego pokoju, w którym miałam ciszę spokój, zero chrapania, bąków, łaskotania…

 

I tak o to przedstawiłam Wam jak zaplanowałam sobie mój wyjazd na studia. Nie boję się już i wiem, że nie będę jeść ryżu ze śmietaną, wiem, że dam radę i tego Wam wszystkim życzę!

A Wy jak? Przygotowani?

Jakie kierunki wybraliście studenciaki moje?

 

 

xoxo, Karola

Continue Reading

DERMAGLIN- MASECZKA OCZYSZCZAJĄCO-ODŻYWCZA Z ZIELONĄ GLINKĄ

Hejka! Jako, że trochę zaniedbałam to miejsce przez natłok obowiązków związanych z moją maturą i szukaniem pracy po niej, chciałam wrócić i przygotować dla Was, coś naprawdę fajnego!
Postanowiłam, że poświęcę osobną kategorię na moim blogu, dotyczącą różnych, różnistych maseczek, od tych zrobionych w domu, po te kupne zwykłe do tych drogich. Sama bardzo się tym interesuje i wiem, że wiele z Was szuka maseczek, które naprawdę chociaż “coś” dają.
Maseczki będę starała się opisywać Wam jak najbardziej szczegółowo, na tyle, na ile będę w stanie i tak, żebyście same chciały ich spróbować, bądź trzymały się od nich z daleka.

 

Na pierwszy ogień pójdzie moja ulubiona zielona maseczka, Dermaglin, kocham ją za wszystko, co robi dla mojej buźki. Po niej czuję się naprawdę oczyszczona, wygładzona, tak, jak powinnam po tego typu maseczce. Nie męczy mojej skóry, jeśli wiecie co mam na myśli, nie szczypie mnie twarz po nałożeniu jej, jak przy niektórych maseczkach. Przetestowałam ich już naprawdę dużo, dlatego wiem, o czym mówię. Pielęgnacja twarzy była i będzie dla mnie najważniejszą częścią mojego codziennego “spa”, bo nie oszukujmy się zadbana i zdrowa buzia jest naszą wizytówką, a ta maseczka zdecydowanie pomaga w utrzymaniu jej w dobrej kondycji 🙂

 

 

 

 

 

PLUSY:
1. Na pewno jej niesamowity zapach świeżych pączków, zawsze kiedy trzymam ją na twarzy aż mi ślinka leci na samą myśl o pączulku z marmoladą, haha!
2. Działanie!!! Przede wszystkim zgodne z obietnicami producenta, oczyszcza twarz, odświeża, możemy zrelaksować się przy trzymaniu jej na buźce.
3. Nie szczypie! Nie wiem, czy to przez moją wrażliwą twarz, czy faktycznie przez zły dobór mazideł nakładanych na twarz, ale często zdarza mi się, że testując nową maseczkę, po nałożeniu jej, tak szczypie mnie skóra, że aż oczy mi łzawią, przy tej na szczęście tak nie było ani razu, przez co duży plus dla niej!

 

 

MINUSY:
1. Dla niektórych może być nią cena, kosztuje około 7 zł, możemy znależć dużo tansze odpowiedniki. Sama uważam, że stosowanie jej dwa razy w tygodniu może być dość ciężkie na studencką kieszeń 😉
2. Wszyyyyyyyyyyyyystko brudzi, wszystko, wszystko i jeszcze raz wszystko.
Dla kogo jest przeznaczona?
Dla wszystkich tych, którzy potrzebują odświeżenia, oczyszczenia, bądź relaksu! Dla tych, którzy lubią eksperymentować, odkrywać poznawać! Coś idealnego! Sama serdecznie polecam, nie zawiedziecie się!
A Wy jak próbowaliście już?

 

 

Continue Reading

Jak samodzielnie ściąć włosy i nie zaliczyć przy tym wpadki?

Hejka!

Dziś będzie o włosach, ale nie typowo o ich pielęgnacji, a bardziej o tym jak dbać o końcówki, jak je samodzielnie podcinać itd. Wiem, że wiele z Was to zastanawia, a niektóre (tak jak ja) nie lubią chodzić do fryzjera, ponieważ zwyczajnie boją się, że wyjdą nie z tym, czego oczekiwały.

Na wstępie powiem, że nie mam na celu prowadzić kursu fryzjerskiego, czy szkolić Was z podstaw fryzjerstwa, nic z tych rzeczy. Pokażę po prostu, jak w prosty i szybki sposób podciąć samodzielnie końcówki czy ściąć samemu włosy. Sama kilka lat temu, po niezadowalającej wizycie u fryzjera postanowiłam, że sama zacznę o nie dbać, może trochę zaoszczędzę? Tak o to, przeszukując różne fora, blogi, yt i wiele wiele innych nauczyłam się tego, czego chciałam.

Od początku:

Pierwsze co zrobimy, zanim przystąpimy do naszego “zabiegu” to przygotowanie odpowiednich narzędzi, na których będziemy pracować. Nie bójcie się, wcale nie ma tego dużo. Wystarczą nożyczki (najlepiej ostre, takie które nie skrzywdzą nam włosów), szczotka, w moim przypadku jest to tangle teezer, gumka do włosów i odżywka w sprayu. (wystarczy woda, ale najwygodniej jest kiedy mamy coś areozolu).

  1. Rozpylamy na włosach naszą odżywkę, tak, by włosy były wilgotne, ale nie tak mocno, żeby były mokre.
  2. Robimy przedziałek na środku głowy.
  3. Związujemy jedną część gumką, a drugą zakręcamy (ma wyglądać jak na zdjęciu niżej)

 

 

   4. Jeśli tylko podcinamy, nabieramy nożyczkami około 1-2 cm naszego “ślimaka” i obcinamy.          W sytuacji, gdy chcemy pozbyć się więcej włosów odpowiednio dobieramy długość i obcinamy.

       5.Powtarzamy tę czynność z drugą połową włosów.

Gotowe!

Pomyślicie, że coś za łatwo, coś za prosto, na pewno nie wyjdzie to równo. Obcinam moje kłaczki tym sposobem od 5 lat i nigdy nie byłam niezadowolona, zawsze były ścięte na taką długość, na jaką chciałam, a nie jak u fryzjera o dodatkowe 5 cm, które najbardziej bolały w momencie zapuszczania ich. Teraz wiem, że jestem sama odpowiedzialna za moje włosy i nie mogę do nikogo mieć pretensji o to w jakim są stanie, jest mi lepiej i motywuje mnie to do jeszcze lepszej pielęgnacji ich. Tutaj macie moje zdjęcia przed i po 🙂

A Wy jak? Spróbowałybyście? 🙂

Continue Reading

Czarne mydło – hit czy kit?

CZARNE MYDŁO NACOMI

Cena: 24,99 zł/200gram

Jak wiadomo, marzeniem każdej dziewczyny jest posiadanie gładkiej buzi. Marudzimy za każdym razem, kiedy na naszej twarzy pojawi się mała “niespodzianka”… Szukamy róznych, przeróznych sposobów, by twarz została taka sama jaka była za czasów niemowlaka. Sama przebrnęłam przez milion produktów do pielęgnacji twarzy. Od babciengo szarego mydła, przez rózne produkty ziaji, avonu, perfecty, topły czy innych dostęnych w polskich drogeriach, naprawdę było tego tyyyyyle. Większość była bardzo ok, takie mocno 7/10, ale jak to mówią, trzeba dążyć do ideału. I po wielu latach walki i trudu… znalazłam!

Czytając jedną z moich ulubionych fejbukowych grup kosmetycznych, natknęłam się na post o mojej obecnej miłości- czarnym mydle marki Nacomi. Wow, czarne mydło- pomyślałam, nigdy wcześniej o takowym nie słyszałam, a jako, że lubię eksperymentować, popędziłam do sklepu, by nabyć moją perełkę. Perełkę, bo taką się okazała. Mydełko można kupić w dwóch wersjach, mniejszej (100gram) i tej większej, którą mam (200gram) z tym, że kupując duże możemy trochę zaoszczędzić. (małe 17,99, duże 24,99) Są na nie często promocje tak, że można dorwać duże opakowanie za 13,14 złotych, wtedy kupowanie mniejszego nie opłaca się wcale.

Czarne mydło produkowane jest w Maroku tradycyjnymi metodami z czarnych oliwek i oleju oliwnego. używane było w łaźniach marokańskich oraz w rytuale Hammam, w peirwszym etapie oczyszczania ciała, polegającym na dogłębnym peelingu ciała. Ma walory nie tylko pielęgnacyjne, ale także oczyszczające i relaksujące. Mydło jest w 100% naturalne i bogate w witaminę E.  (wizaz.pl)

Możemy stosować je na dwa sposoby, nakładając na twarz i zostawiając na około 10 minut, wtedy działa jak peeling enzymatyczny, oczyszczając nam buźkę naprawdę bardzo dobrze, albo “normalnie”, myjąc nim po prostu twarz.Początkowo, może zdziwić Was jego konsystencja, jest to coś na wzór pasty do włosów? Szczerze, to trudno mi przyrównać do czegoś konkretnego. Kolor wbrew pozorom nie czarny, a ciemno zielony.. i zapach, który albo polubimy albo znienawidzimy 🙂

Tę maź musimy nałożyć na ręcę, rozgrzać je trochę w dłoniach przez 5-10 sekund i spienić zanim nałożymy je na twarz, później możemy wmasować je jak zwykłe mydło, dobrze też trochę wklepać je w okolicach strefy T. Zostawić na minutę i zmyć zimną wodą. (Pamiętajmy o omijaniu okolic oczu!) Nie pozostawia uczucia ściągnięcia, nie zapycha w żaden sposób, nie uczula, nie podrażnia, jest w 100% naturalne, a efekty widać już po pierwszym użyciu! Nada się do każdego rodzaju skóry, mój wrażliwiec też je pokochał!Dobre również, kiedy mamy więcej czasu i możemy przygotować domowe spa, poleca je się przed innymi zabiegami kosmetycznymi, depilacją twarzy, nałożeniem “mocniejszej” maseczki…

Podsumowując: Mydło czarne Nacomi (Savon Noir Nacomi  ) stacjonarnie dostępne w Hebe, w dwóch wersjach- 100gram i 200 gram. Jest w 100% naturalne. Nie pozostawi nam uczucia ściągnięcia, nie wysuszy nam twarzy, nie zrobi nam z nią nic złego. Jest dobre dla osób, które lubią efekt mocno oczyszczonej twarzy, bądź tego potrzebują. Doskonale sprawdza się do codziennego użytku, choć producent twierdzi, że najlepiej stosować do 3 razy w tygoniu, jednak stosując codziennie, nie zauważyłam nic złego. Świetne przed nałożeniem maseczki, może to tylko moje fanaberie, ale wydaje mi się, że kiedy przed zastosowaniem tego mydełka moje maseczki wchłaniają się lepiej (?). Kolejny duży plus: wydajność! Jedno opakowanie mam już trzeci miesiąc, stosując codziennie, a końca nie widać! Jedynym (moim zdaniem) minusem może być zapach, ale idzie się przyzwyczaić. Polecam każdej maniaczce pielęgnacji twarzy!

 

Sprawdzajcie i dawajcie znać, jak u Was! Są efekty? 🙂

 

Continue Reading

#myfirst7jobs

#myfirst7jobs to akcja, w której ludzie opowiadają o swoich pierwszych siedmiu próbach zarobienia trochę grosza. Przeszukując internet, możemy trafić na naprawdę śmieszne prace, te śmieszne mniej i te, po których dana osoba powinna być podziwiana, za chociażby cierpliwość. Nie mając jeszcze bloga, lubiłam czytać blogi, szukałam tam rad, był to też mój sposób na zabicie czasu, kiedy natknęłam się na #myfirst7jobs obiecałam sobie, że o ile kiedyś zdobędę się na odwagę i założę tego wyśnionego bloga, to będzie temat jednego z moich wpisów.  Zawsze lubiłam mieć jakieś swoje pieniążki, więc pracować zaczęłam dość szybko, jednak patrząc na to z perspektywy czasu, to mój start był dość zabawny.

 

 DRUKARNIA

Moja mama pracuje w drukarni, kiedyś wzięła mnie ze sobą, żebym sobie dorobiła, w soboty pieniążki dostają “do ręki”, liczą to jako dodatkowy, dobrowolny dzień pracy, czy jakoś tak. Wstałam o 4:45, chociaż mamy do “celu” 7 minut drogi spacerem, mama chciała, żebym zrobiła jak najlepsze wrażenie, więc obudziła mnie i kazała się uczesać- zawsze przeszkadzał jej mój częsty nieład na głowie. Zaspana z bułką w ręce wyszłam do pracy. W głębi serca podekscytowana tym, że zarobię sama pieniądze. Od razu na wejściu zostałam wyściskana przez wszystkie koleżanki mojej mamy. Usłyszałam tyle imion, że nie sposób było ich zapamiętać, mimo to, mama dzielnie dodawała kolejne. Mój pierwszy obowiązek – składanie kalendarza. Wyglądało to mniej więcej tak, że miałam rozłożone na wielkim stole 13 kartek (na każdej jeden miesiąc + okładka) i moim zadaniem było złożenie ich po kolei. Proste, łatwe, bezproblemowe, dopóki na zacięłam się papierem, raz, drugi, trzeci… No ale nie narzekałam, za cały dzień monotonnego składania kalendarza dostałam całe 60 zł. Zawsze coś, chociaż było na bilety do Wojciecha (mylove).

 

CALLCENTER

Słowo honoru i nie wiem, na co jeszcze można przysięgać- więcej tam nie wrócę. Nigdy, nawet jeśli zaproponowaliby mi miliony, miliardy, wieczne życie, no za nic. Dzwonisz do ludzi, namawiasz ich na jakieś garnki, których wcale nie chcą i Ty nie chcesz i nigdy ich nie kupisz, bo patelnia kosztuje prawie 3 tysiące a te “naczynia” 8. Jeszcze pracując tam, to chyba musiałbyś nie wychodzić z pracy, żeby się dorobić choćby dekielka do tych zasranych garnków. Reklamujesz słynnego kucharza, który jest twarzą tych garów, ambasadorem spotkań itd, ludzie się łapią na to, ale niestety, nigdy go tam nie było i nie będzie. Na zachętę, żeby w ogóle chcieli otrzymać zaproszenie na ten badziew wciskasz im kolejny badziew w postaci upominku, znanej włoskiej firmy, zwał jak zwał, rozwali się tak szybko jak go włączysz, czajnik za 15 zł czy super grill elektryczny za 10… Każdego dnia wybierany najlepszy pracownik, który wciśnie te zaproszenia najwięcej ilości osób. Sam ustalasz grafik. Sam. SAM, ale jasno masz powiedziane, kiedy MUSISZ przyjść. DRAMAT. Nigdy więcej. Ludzie Cię wyzywają w słuchawce, ale musisz być miła. Jedyne, co zapamiętam i będę dobrze wspominać, to kiedy ktoś podał mi się za POPKA a ja latałam jak głupia i się śmiałam, wierząc w to. Podsumowując, oczekiwałam kokosów, usamodzielnienia “mamo, nie potrzebuje kieszonkowego” mhm ta, ale potrzebuje dobrej ściemy, żeby tam nie iść. Nigdy więcej.

 

ULOTKI

Każdy to kiedyś przerabiał. Mój brat już jak był mały latał z kumplem po pizzeri i biznesmen roznosił ich ulotki, zarabiając 5 zł na dzień. Ja nie byłam lepsza, nie no byłam. Do dziś jedyne, co wiem, to, że koleś jeździł czarną corsą. Nawet nie wiem jak miał na imię. Chodziłam po kilka godzin, roznosząc te ulotki, w upał, w deszcz… I zostałam oszukana, nawet nie miałam jak się z nim skontaktować. Zbierałam wtedy na wyjazd nad morze, pierwszy za który chciałam zapłacić sama, mhm… Płacz… nawet nie chodziło o te kilkadziesiąt złotych, bardziej o fakt, że pierwszy raz w życiu zostałam oszukana… Mimo wszystko, nie żałuję, chociaż nauczyłam się być mniej ufna w stosunku do obcych ludzi. (Lepiej późno, niż wcale)

 

 POKROWCE NA LUSTERKA SAMOCHODOWE.

To był hit. Po prostu hit. Zbliżał się mój wyjazd nad morze, a bardzo chciałam zarobić sama. Szukaliśmy z chłopakiem po różnych stronach jakiś prac, które zrobią z nas milionerów w dwa tygodnie. I znaleźliśmy! Dzwoni Wojtek z wesołą nowiną, mówiąc, że 100 zł na dzień z możliwością dostania premii, trzeba tylko sprzedawać pokrowce. Super sprawa. Najlepiej w grupie. Jeszcze lepiej. Poszliśmy dumnie na spotkanie, Wojtek, jego dwóch kolegów i ja. Szaman, bo tak go nazywaliśmy, od razu wydał się dziwny. Nie przedstawił nam się (albo ja pod wpływem tych zarobionych milionów zapomniałam jego imienia). Zadanie proste, chodzicie w grupach ubrani na biało-czerwono i sprzedajecie ludziom biało-czerwone osłonki na lusterka. Koszt 8 zł, 2,5 zł dla was, reszta dla mnie (2 zł w maksie to one były warte). Umowy nie dostaniecie, ogólnie to jest nielegalne, ale nie bójcie się ja wasz anioł stróż i Janusz biznesu zapłacę mandaty, wtedy zmieńcie miejsce, w razie co próbujcie uciec (już widzę, jak płacił mandaty). No, ale co młode to i głupie, pojechaliśmy rano do tesco po koszulki z napisem “Polska”, kosztowały 16 zł, więc nie było tak źle. Spotkaliśmy się z nim i dostaliśmy po 50 sztuk tego dziadostwa. Szybkie szkolenie (już teraz wiem, czemu w każdym sklepie mówią, że pięknie wyglądam, choćbym kupowała od nich worki na śmieci). No i w drogę. Nikt tego nie chciał kupić. Na nic się zdało mówienie o akcji “Biało-czerwona Bydgoszcz”… Sprzedaliśmy 11 sztuk tego dziadostwa. Co dawało 88 zł, z tego 30 zł było dla nas. 30 zł na 4 osoby. 7,5zł za cały dzień łażenia i wciskania ludziom “Super” osłonek. Łącznie wyszła dycha na łeb, bo dostaliśmy trochę napiwków, wkręcając, że zbieramy na mecz Polska-Niemcy. Do dzisiaj mam te osłonki pod łóżkiem, a numer Szamana w telefonie.

 

 

 HOSTESSA

Znalazł mi to Wojtek na jakiejś fejsbukowej grupie. Spoko było, ludzie wchodzili do Saturna, a ja rozdawałam ulotki, o jakiejś śmiesznej akcji “kup dwie pralki dostaniesz rabat”. Pieniążki były bardzo fajne  z tego, a w dodatku poznałam kierowniczkę i ona załatwiła mi moją późniejszą pracę. Tą pracę akurat wspominam jak najbardziej pozytywnie.

 

 WIŚNIE

Zbiory owoców… cały dzień w słońcu, praca na drabinie… 40 zł w kieszeni. Byłam z przyjaciółką, więc chociaż było wesoło i… pojadłyśmy świeże wiśnie 🙂

 

PROMOTOR MARKI

Zaczęło się, od wspomnianej wcześniej kierowniczki, która mi tę pracę załatwiła. Wspominam ją bardzo dobrze i żałuję, że nie jest dane mi dalej tam pracować. Super ludzie i wszystko. I moje eskpresiki :c Pieniążki fajne… Myślę, że jeszcze kiedyś poszukam pracy jako promotor i polecam ją wszystkim , o ile lubicie kontakt z ludźmi 🙂

 

A Wy jak zaczynaliście? Jest coś, co szczególnie zapadło Wam w pamięć? Ja wiem jedno, każda praca mnie czegoś nauczyła i nie żałuję, że się jej podjęłam. Podobno… człowiek uczy się całe życie 🙂

Continue Reading

Warszawa sylwestrową nocą.

 Będąc jeszcze małym brzdącem zawsze marzyłam o tym, żeby kiedyś zamieszkać w wielkim mieście. Oglądać te wszystkie wielkie, szklane i piękne budynki na żywo, nie tylko na zdjęciach.
Kiedy tata zabrał mnie pierwszy raz do Warszawy, wiedziałam, że to nie będzie jednorazowe spotkanie. Dla wielu to miasto wielkiego hałasu, korków, kolejek, drożyzny… A dla mnie? Miasto perspektyw, nowych możliwości.. 

 

W tym roku, tradycyjnie, pojawiło się pytanie : Gdzie idziesz na Sylwestra? Gdzie? Potrzebowałam chwili by pomyśleć, czy idę do tej kumpeli, do tamtego kumpla czy może zostaje w domu z rodziną. Chyba wtedy dotarło do mnie, że przyszły rok będzie dla mnie przełomowy, bardzo ważny i wszystko w nim, stety czy niestety musi być dopięte na ostatni guzik, przemyślałam wszystko i biorąc sobie do serca, stare przysłowie: “Jaki Sylwester, taki cały rok” uznałam, że wcale nie chcę spędzić go pijąc alkohol ze znajomymi w którymś z domów i jedynym co wyróżniałoby ten wieczór od innych byłoby to, że złożymy sobie wspólnie życzenia o północy. Nie chciałam zwykłej imprezy, chciałam czegoś, co zapamiętam na długo.

 

Tylko… sama nie wiedziałam czego. Przyszedł mój chłopak i jak zawsze rozwiązał wszystkie moje problemy, tak samo jak zazwyczaj- zupełnie nieświadomie. -Co Karola, wiesz już, gdzie idziemy na studia? Wawa czy Wrocław? – zapytał i w tym momencie pojawiła mi się nad głową zapalona żaróweczka (jestem pewna, że tak było, bo mina Wojtka mówiła wszystko). Przecież od małego byłam zakochana w Warszawie… właśnie… -Wojtek, co Ty na to, żeby pojechać na Sylwestra do Warszawy?- Oczekiwałam, że zacznie się śmiać, a on ku mojemu wielkiemu zdziwieniu od razu się zgodził! Zarezerwowaliśmy hotel, zabukowaliśmy bilety i nic tylko odliczać dni!

 

 

Nadszedł dzień wyjazdu. Spakowani i szczęśliwi wyszliśmy z domu, dowiadując się w autobusie, że nasz pociąg przyjedzie opóźniony o 45 minut, normalnie pewnie zaczęłabym wyklinać wszystkich dookoła, obarczając ich winą za to, że ja wielka pani blondyna musi czekać za pociągiem… ale wtedy nawet mnie to nie ruszyło. W końcu przyjechał i wsiedliśmy. Ja, uwielbiająca podziwiać widoki, kiedy jadę choćby 10 minut do szkoły, dostałam miejsce bez okna (nawet nie wiedziałam, że takie są) chociaż wyraźnie zaznaczyłam kupując bilety przez internet, że chcę przy oknie. Kolejny powód, żeby mój wybuchowy charakter dał o sobie znać, ale podekscytowana wyjazdem znów przymknęłam na to oko. Po kilku godzinach dojechaliśmy. Poszliśmy zjeść obiad i ruszyliśmy do hotelu… który (co tego dnia, już mnie wcale nie powinno dziwić) nie wyglądał wcale tak, jak miał, dodatkowo nasze jedno wielkie piękne łóżko zamieniły dwa rodem ze szpitala (serio, hotel za 600 zł- oczekiwałam więcej). Nawet to mnie nie zniechęciło, nawet nie chciałam się kłócić z recepcjonistką i czym prędzej przysunęłam łóżka do siebie, by choć prowizorycznie mieć to wymarzone królewskie łoże- i muszę przyznać po małym remoncie pokój jednak był całkiem na plus.

 

Zbliżała się północ a my z Wojtkiem rozgadani, po wypiciu whiskey udaliśmy się do wyjścia. Wpakowaliśmy się do pierwszego lepszego autobusu (szczęśliwie, dojeżdżał on na dworzec centralny) i już tam było widać magię tego dnia. Wszyscy tacy uśmiechnięci, szczęśliwi,wierzący w to, że ten nowy rok naprawdę przyniesie coś dobrego.

 

 

Wysiedliśmy. Wielka scena. Dużo ludzi. Stop. Pełno ludzi. Pałac kultury tak pięknie oświetlony. Muzyka, dobra polska muzyka i On, z którym wraz z wystrzeleniem fajerwerków będę świętować nie tylko nowy rok, ale też trzy lata związku,może dlatego, właśnie ten dzień w roku jest dla mnie tak magiczny.Widząc to wszystko, byłam naprawdę szczęśliwa. Zapomniałam na chwilę o tym wszystkim co się stało wcześniej, o szkole, o zbliżającej się maturze. Cieszyłam się tym, że jestem w mieście, które uwielbiam, mam przy sobie chłopaka, którego kocham, wszyscy są dla mnie tacy mili (choć wiem, że większość to sztuczne uśmiechy na potrzebę chwili, ale cieszyło mnie to mimo wszystko) a ponad to, o 00:30 otwierają McDonalds!

 

 

3…2…1….. Fajerwerki. Dużo. Kolorowo. Głośno. Pięknie. On i ja. Nowy rok. Nowy rok razem. Kolejny rok razem. Byłam tak szczęśliwa. Wszystko było tak piękne. I gdybym mogła wystawić ocenę organizatorom byłoby to mocne sześć z plusem.

A Wy? Jak spędziliście Sylwester?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Continue Reading